Chwała oświeconym….

Coraz bardziej rozszerza się zakres mojego zastanawiania się nad oceną, której niedługo zostanę poddany. Myślę o subiektywności recenzentów, o kontekście dyscypliny, a wreszcie o owym nieszczęsnym wkładzie w dyscyplinę. Mam nadzieję o wszystkim pisać. Powoli.

 

Co to znaczy mieć wkład w dyscyplinę? Przeprowadzenie nowego eksperymentu już się liczy? Napisanie artykułu? No przecież dyscyplina się zmienia po takim eksperymencie. A co to znaczy mieć znaczący wkład? Znaczący wkład może być zmianą paradygmatu. A jeśli nie (wszak zmienić paradygmat to byłoby coś!), to co? 10 artykułów? 10 eksperymentów? Powiem szczerze: nie mam pojęcia. I tak się zastanawiam, czy jak (jeśli?) już dostanę stopień dra hab., to już będę wiedział? Może habilitacja to rodzaj oświecenia, swoiste satori, które pozwoli mi zobaczyć wkłady znaczące lub nie….

 

Chwała oświeconym habilitacyjnie….

Co oceniać (drugie podejście)?

Mój wpis na temat tego, co oceniać, wywołał małą dyskusję na forum (jeszcze raz dziękuję za miłe słowa kramce). Jak można oczekiwać, poglądy na ten temat są podzielone, moje się nie zmieniły i postanowiłem wrócić do tematu. Na początku powiem jednak, że idea, że recenzent ma oceniać, czy cykl jest spójny i monotematyczny, jest tak niezrozumiała, że nie odniosę się do niej.

 

Otóż ustawa mówi, że habilitację nadaje się osobie, której osiągniecia można uznać za 'stanowiące znaczny wkład autora w rozwój określonej dyscypliny naukowej'. Rozporządzenie 'habilitacyjne' MIiSW stanowi, iż kryteriami oceny (dla wszystkich obszarów wiedzy)  są (w skrócie):

 

(współ)autorstwo tekstów

sumaryczny imapct factor

liczba cytowań

kierowanie projektami

nagrody

wygłaszanie referatów.

 

W którym z kryteriów znajduje się ocena poszczególnych badań, ich tematyki, metodologii, wyników?

 

Tak się składa, że i ustawa (przy całej swej niespójności, którą wskazywał prof. Węgrzyn), i rozporządzenie dość spójnie konstruują kryteria wkładu. Co więcej i co ciekawe: wedle tych kryteriów Crick i Watson mogliby dostać habilitacje – ich tekst został zacytowany ponad 7000 razy – dość niezły wynik…… Bo właśnie o to idzie, że nie ma znaczenia, co oni napisali – idzie o to, jaki mieli WKŁAD w rozwój dyscypliny.

 

Niestety, gdy czytam recenzje, myślę, Crick i Watson nie dostaliby habilitacji. Tekst krótki, bez rozbudowanego aparatu, metodologii itd itd. Recenzenci wolą się wymądrzać na temat tego, jakie są badania, jakie wyniki, jaka metodologia. Jak można by je przeprowadzić inaczej. No i, kluczowa sprawa, czy cykl monotematyczny jest monotematyczny (wybacz, pfg, to jest kryterium należące do kosmicznych). No i jeszcze warto dodać zasięg ogólnopolski czasopism.

 

Tyle że ocenianie poszczególnych publikacji ma wielką zaletę: odsuwa konieczność ocenienia….wkładu w dyscyplinę. I powiedzmy sobie szczerze: to o to idzie, prawda? Jaki wkład w rozwój dyscypliny ma habilitant, który publikuje w powiecie czy może nawet w województwie?

 

Nie wiem, oczywiście, czy ja mam 'wkład'. Nie do końca wiem, co to miałoby być. A gdy się zastanawiam, wychodzi mi, że pewnie nie mam. Nadal bowiem uważam, że znaczący wkład mają jednostki, nieliczne. Pomimo tego, nadal chciałbym, żeby mnie oceniono pod kątem wkładu, a nie słyszeć, że badania, które przeprowadziłem mają jakieś wady. Otóż nie ma badań bez wad i nigdy nie będzie.

 

I nadal nie widzę żadnego sensu w ocenianiu badań po tym, jak zostały zrecenzowane (w porządnym procesie recenzyjnym) i opublikowane.

Dużo i szybko

W rosnącym wątku autoreferatowym króciutka dyskusja na temat recenzji historyka. Kończac pozytywną recenzję, jej autor konstatuje (chyba z zadowoleniem), że habilitant publikuje 'dużo i szybko', a na dodatek nie jest mu obca tematyka ogólnopolska. Ba! nawet publikuje w czasopismach o zasięgu ogólnopolskim. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.

 

Podkreślanie lokalności habilitanta i robienie z tego zalety jest dla mnie czymś niezrozumiałym. Lokalne to nie znaczy przecież wojewódzkie czy powiatowe. Lokalne to właśnie ogólnopolskie. Nauka na poziomie wojewódzkim nie mieści mi się w głowie (ale może też i jest historia powiatowa, gminna może!). W moim świecie 'dużo i szybko', na pewno są jakieś szczególne wyjątki (choć żaden nie przychodzi do głowy), to znaczy byle jak.

 

Nie po raz pierwszy wydaje mi się, iż żyję w innym z możliwych wszechświatów.

Prawidłowy rozwój

Publikowane przez CK recenzje dostarczają coraz ciekawszej lektury. W recenzji oceniającej dorobek habilitanta w naukach medycznych recenzent pisze: 

„Rozwój naukowy dr X (tak, tak, nie ma kropki po 'dr') przebiegał w spoób prawidłowy.”

po chwili autor dodaje:

„Nie można mieć również zastrzeżeń do prawidłowości rozwoju naukowego.”

 

Natychmiast zacząłem się zastanawiać, co to znaczy, że rozwój jest prawidłowy. Jakie są kryteria prawidłowości rozwoju, poza widzimisię recenenta i wartości, którym hołduje? Kto miałby ustalać, że rozwój jest 'prawidłowy'? Co więcej, zadałem sobie pytanie, jakim prawem recenzent chce oceniać, powiedzmy, mnie jako osobę z pewną trajektorią życiową. Bowiem, mówiąc wprost, recenzent uzurpuje sobie prawo do oceny mnie jako osoby, która dokonuje pewnych wyborów życiowych, na dodatek normatywizując je.

 

Napłynęły kolejne pytania. Czy jeśli najpierw byłem kucharzem, księgarzem czy rowerzystą zawodowym mniej zasługuję na habilitację? Czy jeśli po studiach stwierdziłem, że, przepraszając za wyrażenie, pieprzę naukę i założyłem grupę death metalową, to mniej zasługuję na habilitację? Śpieszę dodać, że ustawa nie wyraża się na temat 'prawidłowości rozwoju'.

 

Oczywiście nie wiem, jak by recenzent napisał rzeczoną recenzję, gdyby nie pochwalał rozwoju naukowego habilitanta, gdyby uznał, że jego rozwój nie był prawidłowy. Nie jest to jednak ważne. Nie mam bowiem wątpliwości, że recenzja habilitacyjna powinna się skupiać na dorobku habilitanta. Jego wybory życiowe (w tym moje własne) w żadnym razie nie powinny być przedmiotem oceny recenzenta. Nie ma czegoś takiego, jak 'prawdłowy rozwój zawodowy', nie ma czegoś takiego, jak 'prawidłowy rozwój naukowy'. Nie ma żadnych normatywnych przepisów wskazujących, jak ludzie mają sie rozwijać, planować swe kariery, czy układać plany naukowe. Recenzentom nic do tego!

 

Niestety, podejrzewam, że nikt nie zwrócił uwagi wynurzenia recenzenta na temat rozwoju habilitanta, a komisja sie zachwyciła jego prawidłowością. Według mnie jednak taka recenzja powinna zostać zdyskwalifikowana.

Recenzje

Na stronach CK pojawiły się pierwsze recenzje, na razie w naukach ekonomicznych. Wynik jest niezły: 4 postępowania, 3 porażki. Trudno na razie mówić o praktykach, poza tym, jeśli już, praktyki będą ściśle dyscyplinarne. To pierwsze recenzje, więc nie mogę się powstrzymać od komentarza.

 

Dwie rzeczy wydają się być natychmiast zauważalne. Po pierwsze, recenzenci wyraźnie nie dają się zwieść ilością dorobku. Odrzuceni habilitanci mieli w dorobku kilka, a nawet ponad 20 książek (muszę powiedzieć, że 20+ książek między doktoratem i habilitacją robi na mnie wrażenie, ale głównie w kategoriach dobrego samopoczucia autorki). Po drugie, dorobek kandydatki, której się powiodło, jest dość wyraźnie niemiędzynarodowy. Twierdzenie bowiem, że książka wydana po angielsku w Łodzi ma zasięg międzynarodowy, jest, powiedziałbym, nieporozumieniem. To wszystko recenzentom to jednak nie przeszkadza.

 

To pierwsze wrażenia, ciekawe, co będzie dalej. Swoją drogą ciekawe, jak się mają te recenzje do recenzji sprzed reformy. Tego jednak się nie dowiemy, choć nie wydaje się, żeby recenzenci przejmowali się za bardzo rozporządzeniem MNiSW w sprawie kryteriów oceny dorobku habilitanta.

Praktyki recenzentów

Postanowiłem odpowiedzieć na komentarz balansowi bieli wpisem. To, co napisał w komentarzu, jest ważne i chciałbym się odnieść w pełni. Ale przede wszystkim dziękuję za komentarz, czas poświęcony mojej osobie i dobrą radę. Mówię to szczerze, jest mi miło, a rada jest dobra. I pewnie nie ma od niej ucieczki. Ale…..

 

Problem  polega na tym, jak dla mnie, że recenzenci mają ze złych, a przynajmniej problematycznych, kryteriów napisać sensowną recenzję. A ja nie jestem pewien, czy to się sensownie da. Ja chciałbym móc sięgnąć do rozporządzenia i zobaczyć kryteria, które mają sens, kryteria, które wspierają recenzenta w ocenie. A te, które w nocy komentowałem w rzeczywistości tego nie robią. I ja nie mam zielonego pojęcia teraz, jak zostaną odebrane konferencje, na które pojechałem, a pojechałem na te, bo nie miałem forsy pojechać na inne. Jak zostanie odebrany mój indeks h, który wg WoS wynosi h=x,  a wg PoP mój indeks h = x+10 (autentyczny przypadek). Różnica wynika z tego, że PoP liczy cytowania książek. Najogólniej mówiąc, mój problem polega na tym, że ja będę czekał na to, żeby praktyka recenzencka okazała się iść w dużym stopniu wbrew kryteriom w rozporządzeniu. A to przecież nie ma sensu.

 

Tak jak powiedziałem wcześniej, choć w innym kontekście, rozporządzenie jest znakiem tego, że minister nie ufa recenzentom. I mówi za nich, co powinno być dla nich ważne. Rozumiem, dlaczego tak jest. Jeśli widzimy w przewodzie habilitacyjnym dwie sprzeczne z sobą recenzje (jako to było w niedawnej aferze bodajże we Wrocławiu), to naprawdę trudno mieć zaufanie do recenzentów. Jestem daleki od tego, by tweirdzić, że wszyscy recenzenci są tacy, wręcz przeciwnie, raczej mam dużą dozę zaufania do recenzentów w mojej dziedzinie, jednak odrzucam to, że ów wrocławski przypadek był wyjątkowym wyjątkiem. Co więcej, rozległe połacie nauki polskiej są jedynie polskie, a międzynarodowości tam nie słyszano. I minister postanowił się zabezpieczyć, chce pokazać recenzentom priorytety, umiędzynarodowić ocenę habilitanta. I super. Tyle, że chcieli dobrze, wyszło, jak zwykle.

 

I na koniec, balansie bieli, praktyki recenzenckie będzie można oceniać pod warunkiem, że recenzje będą publikowane. Na razie pomimo tego, że na stronach CK wisi dobrze ponad setka autoreferatów, a wisi od wielu miesięcy, nie pojawiła się tam ani jedna recenzja.

 

Jeszcze raz dziękuję za komentarz, będę wdzięczny za następne.